Co to są podatki?

Jak powiada ironiczne przysłowie, w życiu pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i… podatki. Co do śmierci, wiadomo o co chodzi. Z podatkami zdecydowanie gorzej, wiemy z pewnością, że nam stale potrącane, czasami wiemy ile podatków płacimy, na ogół jednak nie wiemy na co je płacimy. O wyjaśnienia poprosiliśmy Janusza Lignarskiego, samorządowca, burmistrza Stronia Śląskiego w latach 1990 – 1994. Dzisiaj prezentujemy pierwszą część niezwykle ciekawego, barwnego wykładu o podatkach.

W 2015 roku władze samorządowe naszej gminy planowały wprowadzenie nowego podatku. Właściwie nie jest on nowy, bo opłata miejscowa zwana też taksą klimatyczną jest stosowana w wielu gminach w Polsce, a także w innych krajach. Najczęściej w tzw. gminach turystycznych, bo jest „pobierana od osób fizycznych przebywających czasowo w celach wypoczynkowych, turystycznych lub szkoleniowych w miejscowościach o szczególnych walorach uzdrowiskowych, klimatycznych i krajobrazowych”. Definicja wydaje się prosta, ba, nawet moglibyśmy powiedzieć, że ta opłata nie dotyczy mieszkańców gminy, bo jest pobierana od „obcych”, a stanowi nasz dochód. Poza tym będzie przeznaczona na promocję gminy, a więc na wzrost liczby „obcych”, a więc na większe dochody, a więc na większą promocję, itd. itd. Samonakręcająca się lawina złotówek!

Ponieważ zapytano mnie, co sądzę o tym podatku, z którego dwadzieścia pięć lat temu samorząd Stronia świadomie zrezygnował (tak: wtedy już istniał i samorząd i podatek), jako „emerytowany samorządowiec”, zadałem sobie pytanie: A co to właściwie jest podatek?

Zacznijmy od przedmiotu i celu. Podatki to pieniądze „zbierane” przez władzę od obywateli z przeznaczeniem na zadania publiczne wykonywane przez tę władzę. Uwaga historyczna: Nie zawsze były to pieniądze. W dawniejszych czasach była to np. dziesięcina, czyli dziesiąta część plonów zbieranych przez wieśniaków (co dziesiąty snop zboża) lub szarwark, czyli obowiązek pracy własnej lub pracy własnym „sprzętem” (dwa dni pracy własnym wozem i koniem przy budowie drogi) lub część wytwarzanych produktów (garniec piwa dostarczany co niedziela przez każdy dom, w którym warzono piwo).

Przy każdym podatku władza ustala przedmiot opodatkowania („od czego” będzie płacony podatek), podatnika (kto będzie płacił podatek), wysokość podatku (wyliczona kwota lub procent „od czegoś”) i sposób poboru (jak deklarować podatek, kiedy płacić podatek, kto pobiera podatek, czy podatek płacony w ratach itd. itd.). Oczywiście, życie jest zawsze bardziej złożone, a ludzie bardziej pomysłowi, niż to się władzy wydaje i, wydawałoby się, bardzo prosty podatek robi się bardzo skomplikowany w praktyce. Na przykład podatek „od powierzchni budynku” wywołuje sporo pytań. Na początek: co to jest budynek?, czy budynek musi mieć ściany i dach?, a jak liczyć powierzchnię, gdy nie ma ścian? a jeśli pomieszczenia są niskie? a jeśli są bardzo niskie? a jeśli jest strych? a jeśli piwnica? i dalej: a dlaczego za budynek mieszkalny płaci się inaczej niż za działalność gospodarczą? a dlaczego akurat taka różnica? a jeśli budynek nie jest używany? a jeśli jest rolniczy? a jeśli użyteczności publicznej? a jeśli mieszany? Próbując odpowiedzieć na te pytania władza mnoży przepisy lub na różny sposób je interpretuje, z wyjaśnieniami władzy nie zgadzają się podatnicy, sądy muszą rozstrzygać spory itd.

Obywatele tocząc spory z władzą w sprawach podatkowych powołują się na logikę i sprawiedliwość. Bo czy logiczne jest podwyższanie podatku od alkoholu z zamiarem zmniejszenia jego spożycia i równocześnie planowanie zwiększenia wpływów z tego podatku? A czy sprawiedliwe jest, aby za starą chałupę o powierzchni 60m2 płaciło się tyle samo, co za komfortowe mieszkanie o takiej samej powierzchni? Rozważania takie nie mają sensu, bowiem podatek nie ma nic wspólnego z logiką i sprawiedliwością. Jest to sposób zbierania pieniędzy i dla władzy najważniejsze jest, aby te pieniądze zebrać. Anegdota historyczna: Jeden z cesarzy rzymskich Wespazjan nałożył podatek na zarządców publicznych toalet. Kiedy jego syn Tytus oburzał się, że fundusze Cesarstwa pochodzą z takich, delikatnie mówiąc, niepachnących źródeł, cesarz podetkał mu pod nos monetę i spytał, czy czuje zapach nieczystości. „Pecunia non olet” („Pieniądz nie śmierdzi”) skomentował reakcję syna cesarz. I tak wyglądają podatki widziane oczami władzy.

Z drugiej strony władza musi zdawać sobie sprawę, że jeśli faktycznie chce uzyskać dochody z podatków, to ich pobieranie musi być realne. Możemy obłożyć podatkiem od luksusu posiadaczy jachtów pełnomorskich i mamy nadzieję, że tych kilkunastu podatników w kraju zasili nam budżet, ale tylko do momentu zarejestrowania jachtów pod tanią banderą. Kraje będące tzw. rajami podatkowymi mają duże dochody z niskich podatków, dlatego że bogacze z całego świata korzystają z ich systemów podatkowych, unikając płacenia wysokich podatków w swoich krajach. (Ciekawe, że w Polsce też są raje podatkowe – gminy z niskim podatkiem od samochodów ciężarowych, w których rejestrują swoje pojazdy duże firmy leasingowe.) Z drugiej strony, co nam przyjdzie z opodatkowania miejsc sypialnych pod mostami i na parkowych ławkach, skoro korzystający z nich bezdomni nigdy nie będą mieli pieniędzy, żeby zapłacić podatek. I jak to zwykle bywa najlepszymi podatnikami są średniacy, przeciętni obywatele, którzy nie mają na tyle dużo pieniędzy, żeby lokować je w bankach Luksemburga, ale wystarczająco, żeby zainteresować komornika skarbowego.

Kolejny temat: Wysokość podatków. Czy radni gminni zastanawiają się czasem w jaki sposób wyliczono widełki podatku od nieruchomości, albo podatek od posiadania psów? Jakie głowy matematyczne w rządzie i sejmie ułożyły algorytmy obliczania taksy klimatycznej? Oczywiście – jak trzeba będzie, to wzór się napisze: średni dochód na jednego mieszkańca dzielony przez płacę minimalną w sektorze przedsiębiorstw razy dochód narodowy brutto plus współczynnik wzrostu i średnia stopa procentowa razy wskaźnik ministra finansów wynoszący od 1 do 100%. Nie ma żadnego sensownego wzoru. W wersji uproszczonej zaś jest to algorytm stosowany przez księży przy zamawianiu mszy: co łaska, ale dają dwieście. Dotyczy to zarówno podatków lokalnych jak VAT, CIT i innych. Można powoływać się na podatki w innych gminach i innych krajach. Ale jak porównywać podatki w gminie Kleszczów, w której na jednego mieszkańca wypada 33.000 zł dochodu z podatków z gminą Łukowice – 343 zł na mieszkańca. W różnych krajach podatki dochodowe zawierają się w przedziale od 5% do 50%, a tzw. siła nabywcza (czyli dochód netto) obywateli od 36.000 euro (Szwajcaria) do1.300 euro (Mołdawia). Nawet jeśli Szwajcarowi zabierzemy 50% dochodu to i tak jego siła nabywcza będzie 10 razy większa, niż Mołdawianina. Kiedy minister finansów zwiększał stawkę podatkową VAT z 21% do 23%,mówił, że to tylko 2%, ale kiedy dyskutowano o powrocie do stawki 21%, to minister wyliczał, że budżet straci wtedy 20 miliardów złotych. Więc co jest dużo, a co jest mało? Wróćmy na sesję rady gminy, gdzie burmistrz daje propozycję podatku za psa; jeden radny mówi, że za dużo; drugi radny mówi, że za mało; trzeci radny przedstawia wyliczenia utrzymania swojej rodziny i dwóch psów, a czwartego radnego to nie obchodzi, bo nie ma psa. I zrób z tego dobrą stawkę podatkową!

Jest taka anegdota o cesarzu chińskim, który kazał podwyższyć podatki. Po pewnym czasie pyta swoich doradców, co na to poddani.

-Są smutni- odpowiadają doradcy.

-A, to podwyższyć podatki- zarządza cesarz.

Po pewnym czasie znów pyta doradców.

-Płaczą – odpowiadają doradcy.

-A, to podwyższyć podatki- zarządza cesarz.

Po pewnym czasie znów pyta.

-Złorzeczą – odpowiadają doradcy.

-A, to podwyższyć podatki- zarządza cesarz.

I znów pyta.

-Śmieją się- odpowiadają doradcy.

– Oho. Obniżyć podatki! – przestraszył się cesarz.

Sztuka sprawowania władzy polega m.in. na odpowiednich proporcjach pomiędzy obciążaniem podatkami obywateli, a faktycznymi ich możliwościami płatniczymi. I władza musi pamiętać, że lepszy niższy, ale płacony wróbel w garści, niż wysoki – gołąb na dachu.

A teraz kilka słów o tym: kto płaci podatki. Wydaje się to proste, gdy w ustawie jest napisane „podatnikiem jest właściciel nieruchomości”, albo „podatnikiem jest przedsiębiorca”, albo „podatnikiem podatku VAT jest każdy, kto sprzedaje towary lub usługi”. Czyżby? To dlaczego wszyscy protestują, gdy pada propozycja opodatkowania powszechną 23% stawką żywności albo produktów rolnych? Podatnikiem będą sklepy ,więc dlaczego nie chcemy zebrać większego podatku od sklepów i hipermarketów sprzedających artykuły spożywcze? Ano dlatego, że obawiamy się, że podwyższony VAT spowoduje wzrost cen, a więc, de facto, to klienci sklepów ten VAT zapłacą. A dlaczego księgarze i inni ludzie kultury protestują przeciw zwiększeniu podatku VAT na książki, których Polacy już i tak prawie nie czytają? Bo obawiają się, że ten podatek wywoła tzw. efekt ceny zaporowej, powyżej której nikt już towaru kupować nie będzie. Jaki z tego wniosek? W ustawach mogą sobie posłowie pisać, kto jest podatnikiem, ale to dopiero „niewidzialna ręka rynku” zadecyduje, kto faktycznie ten podatek zapłaci i najczęściej to nie ten, którego posłowie chcieli opodatkować. Inne przykłady: wysokie opodatkowanie jachtów podatkiem od luksusu spowodowało upadek stoczni jachtowych i bezrobocie wśród ich pracowników; wyegzekwowanie podatku VAT od artykułów spożywczych, którym kończył się termin ważności spowodowało, że przedsiębiorcy przestali je przekazywać za darmo domom opieki społecznej; wysokie opodatkowanie alkoholi uruchomiło produkcję bimbru; a wysokie opodatkowanie papierosów uruchomiło przemyt tytoniu. Oczywiście, władza będzie próbowała z tymi niepożądanymi zjawiskami walczyć za pomocą nowych przepisów (i urzędników) i w ten sposób uruchomi nowe zjawiska itd. Moglibyśmy opisać kilka ścieżek zjawisk ekonomicznych i społecznych, które aktywowały kolejne nieoczekiwane zjawiska, ale musimy wracać do naszych podatków. Nawiasem mówiąc: nie rozumiem, dlaczego wszyscy domagają się wprowadzenia kas fiskalnych w gabinetach lekarskich (chyba z czystej zawiści), bo przecież oczywiste jest, że kiedy wszyscy lekarze będą płacić VAT to ceny usług medycznych wzrosną (vide: VAT od żywności).

Wiemy już, że z powodu podatku towar może być droższy; może być też z tego powodu gorszy, ale konia z rzędem temu, kto pokaże, że dzięki podatkowi towar stał się tańszy lub lepszy. To teraz należy się kilka słów o konkurencyjności. W pewnej krainie było miasto meblami słynące. Jego mieszkańcy – stolarze prześcigali się w szlachetności użytego drewna, bogactwie zdobień i użyteczności wytwarzanych mebli. Ponieważ konkurencja była olbrzymia wybredni klienci już nie tylko piękno i przydatność mebli oceniali, ale, niestety, i cenę. Wytwórcy zaciskali pasa, oszczędnie gospodarowali materiałem, a i na płacach i własnych rodzinach oszczędzali, aby tylko na rynku się utrzymać. Jak tu im pomóc, a jednocześnie konkurencję pogrążyć – zastanawiali się rajcowie miejscy. Za ciężkie pieniądze sprowadzono bywałego w świecie specjalistę, który po długich deliberacjach zaproponował zbudowanie nowych kramów na rynku, żeby w jednym reprezentacyjnym miejscu wszystkie miejscowe dzieła meblarskie wystawiać. Ale kramy to muszą być nad kramami, sukiennicom krakowskim dorównujące, żeby splendor na miasto i jego meblarzy spłynął. Ponieważ dla dobra meblarzy będzie to robione, z pieniędzmi też nie powinno być kłopotu, bo się owych meblarzy podatkiem obłoży niedużym, byle na budowę starczyło. Ponieważ kramy miały być godne miasta, ogłoszono konkurs na projekt z dużymi nagrodami, który już po roku rozstrzygnięto. Do zebrania podatków i uczciwego ich wydatkowania powołano specjalną komisję (za godnym wynagrodzeniem, aby na łapówki nieczuła była). Potem wykonawców projektu poszukiwać zaczęto, aby jak najtaniej i jak najlepiej kramy zbudowali. Potem dwa razy projekt zmieniano, pięć razy wykonawców, a dziesięć razy komisję, o konszachty z wykonawcami i projektantem podejrzewaną … W końcu po siedmiu latach uroczyście kramy otwarto z ceremonią jak się patrzy. Całe miasto świętowało… za wyjątkiem stolarzy, bo przez ten czas podatkami przyciśnięci nie byli w stanie sprzedać niekonkurencyjnego towaru i albo z miasta uciekli, albo na psy zeszli. Teraz rajcowie miejscy zastanawiają się, czyby pustych kramów jako atrakcji turystycznej nie promować, a że na tym miejscowe gospody i zajazdy zyskają, trzeba by je niewielkim podatkiem obłożyć, aby gońców i bajarzy, co to mają piękno kramów po całej krainie głosić, opłacić. No i jeszcze opłacić komisję…

A teraz językiem współczesnym. Oczywiste jest, że poza pewnymi przypadkami (o tym kiedy indziej), wszyscy producenci i usługodawcy mają do czynienia ze zjawiskiem konkurencji i oczywiste jest, że dla współczesnego masowego klienta cena jest podstawowym kryterium wyboru. (Może nie jest to kryterium najmądrzejsze, ale jeśli w przetargach organizowanych przez władzę jest to kryterium jedyne, więc czemu się dziwić?). Aby utrzymać konkurencyjną cenę, przedsiębiorca będzie usprawniał produkcję, poszukiwał tańszych materiałów i podwykonawców, zmniejszał koszty dystrybucji, ciął płace, inwestował w energooszczędność itd. Tu jest całe pole działań, które może wykonywać. A co może zrobić przedsiębiorca, gdy ma do zapłacenia podatek od nieruchomości. Zapłacić! Bo cokolwiek zrobi innego, będzie to przestępstwem skarbowym. Władza mówi: ale ten podatek jest niewielki. Niewielki? To dlaczego władza organizuje specjalne strefy ekonomiczne, w których nie obowiązują podatki? A dlaczego władza negocjuje z wielkimi koncernami specjalne warunki opodatkowania? Żeby przyciągnąć inwestorów – mówi władza. No to bądźmy konsekwentni – jeżeli podatek jest niewielki, to po co go obniżać albo znosić dla niektórych?

Podatek jest bezwzględny. Przedsiębiorca ma zatem do wyboru: albo dołożyć podatek do ceny i przegrać z konkurencją, albo jeszcze bardziej zacisnąć pasa (i zęby) i zmniejszyć nakłady na inwestycje, płace pracowników i własne wydatki. W tej sytuacji „tertium non datur”(trzeciej drogi nie ma) – jak mawiali Rzymianie. Chociaż, jak to w życiu, zawsze jest wyjście zapasowe – zakończenie działalności gospodarczej, zburzenie tego co zbudował i wtedy podatku nie będzie płacił.

Przy tej okazji zahaczamy o jeszcze jedną funkcję podatku. Za jego pomocą możemy stymulować pewne zachowania podatników. A więc nie tylko zbieranie pieniędzy – zawoła władza. Mądre kierowanie społeczeństwem za pomocą podatków to już jest wielka sztuka – odpowiadamy i to temat na oddzielny artykuł. A dla władzy sprowadza się to do zbierania kasy. Przykładem mogą być gminy, które z mandatów za przekraczanie prędkości uczyniły podstawowe źródło dochodów budżetowych, zapominając, że w tym przypadku chodzi o bezpieczeństwo ich mieszkańców. Bo ważne jest, żeby kierowca jechał z bezpieczną prędkością, a nie żeby otrzymał mandat za jej przekroczenie. Ale jeśli oznakowany samochód straży miejskiej będzie stał w widocznym miejscu – powie władza – to wszyscy kierowcy będą zwalniali i wtedy straż miejska nawet na siebie nie zarobi. No właśnie – rozkładamy bezradnie ręce – więc jednak chodzi o kasę.

A kasa w nazewnictwie urzędowym to budżet czyli …. na co idą nasze podatki? Wszystkie płacone przez obywateli podatki są dochodami budżetowymi państwa, województw, powiatów, gmin, różnych instytucji państwowych i państwowych funduszy celowych. Aż dziw, ile tego jest. Ale nie martwy się – podatków też jest co niemiara. Budżet z kolei to roczny plan wydawania tych pieniędzy na zadania przypisane państwu, województwom … itd. Pięknie i tajemniczo brzmiące słowo „budżet” to temat na spore opowiadanie, więc spróbujemy tylko powiązać budżet z podatkami. Innymi słowy budżet to worek, do którego wszyscy obywatele wrzucają swoje pieniądze. (Niektórzy próbują porównać go do skarbonki, ale skarbonka kojarzy się z oszczędnością, a budżet jakoś z oszczędnością się nie kojarzy… Dziwne…)

Czas na pierwszą prawdę o budżecie: Władza wyciąga z tego worka zwanego budżetem pieniądze (ona mówi na pieniądze: „środki budżetowe”) i płaci: w pierwszej kolejności na utrzymanie siebie i urzędów, a potem na inne cele, które uważa za ważne dla państwa, województwa, powiatu itd. Oczywiście, w końcu w każdym worku ukaże się dno i wtedy władza mówi: nie możemy zrobić tego i tamtego bo brak środków w budżecie. Każdy niewtajemniczony uważa to za zjawisko obiektywne: no cóż – skończyły się pieniądze. Tymczasem tak naprawdę to oznacza: „nie przeznaczyliśmy na to pieniędzy w budżecie, bo uważamy, że są ważniejsze sprawy”. Budżet jest odzwierciedleniem priorytetów władzy – im więcej pieniędzy na zadanie, tym jest ono dla władzy ważniejsze (nie odwrotnie). To nie deklaracje słowne informują obywateli, co władza uważa za najważniejsze, ale właśnie sposób rozdysponowania pieniędzy w budżecie. Żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że dla władzy nie ma spraw nieważnych, natomiast są ważniejsze mniej lub bardziej. I na te „mniej” często pieniędzy nie wystarcza.

Druga prawda: Władza mówi – uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczymy na … Nie ma czegoś takiego. Budżet to worek. Kiedy wrzucamy do niego pieniądze, to jeszcze wiemy, z jakiego podatku pochodzą. Ale kiedy wszystko się w środku wymiesza, to skąd mamy wiedzieć, że ta złotówka jest z VAT-u, a ta z CIT-u. Więc kiedy pieniądze są już w worku, władza decyduje jak je dzielić według swoich priorytetów (patrz uwaga pierwsza), a nie według pochodzenia. Niektórzy może pamiętają dyskusję z lat dziewięćdziesiątych na temat akcyzy na paliwo. Koronnym argumentem jej wprowadzenia było to, że „w ten sposób uzyskane dochody, zostaną przeznaczone na infrastrukturę drogową”. Ale od tego czasu nigdy w sprawozdaniach nie było już informacji, że z akcyzy uzyskano tyle a tyle miliardów złotych i przeznaczono je na tyle i tyle kilometrów dróg. I nikt już o takie sprawozdanie się nie upomina.

Trzecia prawda: Czasem, żeby przekonać podatników, że ich pieniądze nie idą na „byle co”, władza tworzy specjalne instytucje do ich rozdysponowania. Wtedy możemy mieć pewność, że nasze pieniądze idą dokładnie na to, co chcemy. Nazywa się je funduszami, agencjami, środkami specjalnymi itp. Największym w Polsce takim funduszem jest ZUS, który zbiera podatki nazywane składkami na ubezpieczenie ……, a następnie wydaje je … spokojnie, spokojnie proszę państwa! Dobrze, nie będę pisał na co wydaje ZUS pieniądze. Jednym z większych jest fundusz rehabilitacji osób niepełnosprawnych PFRON, który zbiera podatki od przedsiębiorców, którzy nie zatrudniają niepełnosprawnych i te pieniądze wydaje na tych co ….. dobrze, dobrze, po co się tak denerwować z powodu jednego Dubienieckiego. No dobrze… może nie jednego. Jeszcze jest KRUS dla rolników, ale o nim może też nie… Aha, jest na przykład, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która dzieli pieniądze z podatku zwanego abonamentem i dzięki temu 6758. odcinek „Mody na sukces” nie był przerywany reklamami, a każdego roku możemy na nowo przeżywać przygody „Czterech pancernych i psa”… Może napiszmy tak: pomimo tego, że nasi parlamentarzyści w pocie czoła tworzą kolejne przepisy na co mają być dokładnie wydawane pieniądze funduszy specjalnych, premier ciągle powołuje nowych prezesów tych funduszy, zatrudnia się ciągle nowych pracowników do dzielenia tych funduszy i kupuje specjalne programy komputerowe, a wszystko to bada NIK, to ciągle obywatele nie są zadowoleni ze sposobu wydawania tych pieniędzy.

Oczywiście obywatele oczekują od władzy wywiązywania się z nałożonych na nią zadań publicznych. Infrastruktura publiczna, oświata, kultura, ochrona środowiska, opieka zdrowotna i, oczywiście, utrzymanie urzędników, którzy te zadania wykonują, włącznie z urzędnikami, którzy naliczają i pobierają podatki oraz posłami, senatorami, ministrami i ich doradcami, którzy tworzą przepisy podatkowe muszą być finansowane przez państwo (choć i na ten temat zdania są podzielone). Obywatel zawsze jest pewny, że swoich pieniędzy nie zmarnuje, z władzą, okazuje się, bywa różnie. Możemy z własnego doświadczenia wskazać dziesiątki przykładów nietrafionych inwestycji państwowych czy samorządowych, gdzie wydano pieniądze, a oczekiwanych efektów nie osiągnięto. Jest taki wskaźnik efektywności inwestycyjnej podmiotów prywatnych i publicznych, który wynosi 1 : 1,7; tzn. że przeciętna inwestycja publiczna jest 1,7 razy droższa od takiej samej inwestycji prywatnej. Ale to temat na inną okazję. Wracając do podatków, a raczej do zgromadzonych przez społeczeństwo pieniędzy… Część tej globalnej kwoty musi zasilić budżet organizacji, która to społeczeństwo spaja, czyli do państwa oraz różnych jego struktur. Oczywiście władza, o ile nie zajmuje się działalnością gospodarczą (to temat na inną okazję) nie tworzy pieniądza (bank centralny i mennica to też inny temat), a zatem musi „zabrać” część pieniędzy, które są w portfelach obywateli zwanych wtedy podatnikami. Tak było zawsze odkąd tworzyły się państwa: czy to było cesarstwo, królestwo, księstwo, republika czy rzeczpospolita, władza ustalała, jaką część wytworzonego przez obywateli pieniądza zabierze do własnej dyspozycji. I tutaj pojawia się dziwne i stosunkowo od niedawna badane prawo społeczne: gdy władza zabierze zbyt dużo obywatelom – państwo podupada, a gdy władza nie ma dostatecznej ilości pieniędzy, by realizować konieczne zadania publiczne –państwo też podupada. Historia: Wojna trzydziestoletnia 1618-1648 to nie tylko bitwy i oblężenia, ale przede wszystkim ciągłe podatki i kontrybucje na utrzymanie wojsk przez 30 lat przewalających się przez Europę. Te bezwzględnie egzekwowane obciążenia spowodowały spadek sił wytwórczych, biedę, głód, choroby i śmierć około 8 mln cywilnych mieszkańców krajów środkowej Europy nie uczestniczących w ogóle w walkach. Z kolei prawie w tym samym czasie rozkwitała gospodarczo i handlowo pierwsza Rzeczpospolita zwana szlachecką, gdzie podatki były znikome, a najbogatsza część społeczeństwa – stan szlachecki nie płacił ich w ogóle. Jakakolwiek próba opodatkowania szlachty podejmowana przez króla kończyła się zerwaniem zwołanego w tym celu sejmu. Niestety, świecący pustkami skarb państwa nie pozwalał na utworzenie regularnych wojsk, które w XVIII w. już miały przewagę nad pospolitym ruszeniem. Pozbawione dochodów państwo, pomimo zamożności swoich obywateli, zbliżało się ku upadkowi. Ta równowaga pomiędzy zamożnością obywatela, a dochodami państwa była i jest podstawą rozwoju krajów zachodniej Europy zarówno na poziomie państwowym jak i samorządowym.

I tak doszliśmy prawie do końca. Wnioski: Podatek jest sposobem zbierania pieniędzy. Podatek nie jest logiczny ani sprawiedliwy. Wysokości podatku nie da się rachunkiem wyliczyć, ale wiemy, że im niższy podatek, tym więcej ludzi jest skłonnych go płacić. Nigdy nie wiemy, kto ostatecznie zapłaci podatek, który wymyśli władza. Nigdy nie wiemy jak zachowają się ci, którzy są podatnikami i jaki łańcuch kolejnych zjawisk ekonomicznych i działań ludzkich uruchomimy. Podatek ma duży wpływ na konkurencyjność podatników. Przeznaczenie pieniędzy uzyskanych z podatków nie ma nic wspólnego ze źródłem tych podatków. Podatków powinno być jak najmniej, ale nie można z nich zrezygnować. Dobry podatek to proporcja pomiędzy koniecznymi obowiązkami władzy a realnymi możliwościami podatników. Podatek powinien być niski, powszechny i łatwy w poborze.

I tak doszliśmy do miejsca, od którego ten artykuł się zaczął . Co sądzić o „nowym” podatku zwanym taksą klimatyczną. A…. to temat na inny artykuł.

                                                                                                                                              Janusz Lignarski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s